Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisanie o pisaniu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisanie o pisaniu. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 czerwca 2014

sleeping beauty




przespałam ostatni rok
dosłownie 
i w każdej możliwej przenośni

paraliż życiowy
tak bardzo fizyczny

chemia organizmu
metafizyka senna
matematyka czasu


szkoda mi tego
czasu

wtorek, 13 sierpnia 2013

głupio pisać głupio





i dobrze i jest
 
i tak i owszem i potrzeba

potrzeba miejsca gdzie bez nadmiernych emocji, tłumaczenia się i dbałości o formę będę mogła swobodnie pisać, kląć, krytykować, zmieniać, skreślać i podkreślać

ciąży na mnie interpunkcja, stylistyka i dysleksja

i przekonanie że jak pisać to na serio
jak pisać to dla chwały
dla potomnych
dla publiki

może na końcu dopiero gdzieś  dla siebie

i ciągle ten kamień u szyi że musi być ładnie, margines czerwony, jedynie słuszne kształty literek, no i cel, cel być musi zawsze, najlepiej szlachetny, najlepiej patriotyczny i rozwojowy

więc się staram, silę i mozolę, a to czasu nie ma, a to weny brakuje, lub też zwykłej konsekwencji
i mesjanizm u mnie kiepski, nadmyślenie za to ogromne

koniec końców nie piszę wcale
bo głupio tak pisać głupio


więc zapadam w ciszę
i wiecznie tego żałuję

bo czas przez palce cieknie
bo tyle miejsc wartych zapamiętania
tyle słów głodnych komentarza

potrzebuję notatnika
bez ładu, składu i porządku
kolażu dla myśli
spokoju dla siebie

piątek, 9 sierpnia 2013

tu i teraz jest ziewanie



podobno jestem ostatnio coraz bardziej trudna do zniesienia, zmienna, niecierpliwa. podobno mam dużo dobrych pomysłów i jeszcze więcej braku konsekwencji. podobno latawiec ze mnie, cygan i wiatr. podobno ktoś widział mnie zbyt często w łodzi, i nadziwić się nie może, ktoś inny czeka na odpowiedź, która nie nadchodzi. podobno znaleziono u mnie gdzieś głęboko, nad sercem chyba nawet, zmartwienia początek, jakby do tej pory było go mało.

całkiem to wszystko możliwe, całkiem prawdopodobne. bez potwierdzeń, w braku zaprzeczeń. a ja sobie śpię, przesypiam to wszystko, omijam rzeczywistość szerokim ziewaniem.



 

poniedziałek, 6 maja 2013

nie wszyscy jesteśmy chrystusami

 
 
gdy gubi się sens
nie ma kropek i przecinków
twierdzeń
przeczeń
wykrzykników
 
znaki zapytania
jest
bezkres
beznadzieja
 i bezbronność
 
dziury
 nitki i guziki
szwy
skóra cerowana bez znieczulenia

czwartek, 28 marca 2013

przeciągi pociągi





Droga Mrs. Rand,


mijają dni, godziny, zaspane poranki i pracowite noce. a ja wciąż czytam, notuję, skreślam, podkreślam, dopisuję. tłumaczę, edytuję, konsultuję, dyskutuję. pytam, w wątpliwość poddaję, mierzę, ważę, z założenia nie ufam na słowo. zgadzam się, nie zgadzam, podziwiam, wyśmiewam, demaskuję i się stresuję.

za mało śpię, za głośno mówię, w pociągach ( przeciągach) myśli mam najlepsze.
i choć wiem, że pisząc ten list do Pani popełniam zapewne karygodnie irracjonalny nietakt- proszę pocztą podniebną przysłać mi jeszcze duuużooo cierpliwości...

z wyrazami szacunku,
Niecierpliwa




 

wtorek, 26 lutego 2013

kot co napłakał i zlizać nie może




Drogi Wilko- Słonio- Kanguro-  Mój


piszę sobie, bo dawno do Ciebie nie pisałam i ogólnie dla relaksu, bo mi się czasem mózg zacina od tego randowskiego bełkotu ideologiczno- nuklearnego... coraz częściej mam wrażenie, że wystarczyłaby iskra nieuwagi i za dużo władzy w Jej dłoniach i hitler z rosyjskim akcentem w spódnicy gotowy ( inna sprawa zbadać dlaczego do polityki czynnie się nie garnęła?)

pisanie idzie mi jak krew z nosa i mało tego jak kot napłakał, mam duże problemy z redakcją, oduczyłam się pisać normalnie, szkolnie i grzecznie i ciągle te neologizmy, bukiety słowne i fajerwerki znaczeń.

 popsuł mnie blog- ewidentnie.

 tam mam wolność i swój język i nikt tego rozumieć nie musi, tekstów- podtekstów i zaskórniaków emocjonalnych ukrytych za literami.

z tłumaczeniem idzie  najgorzej, zbyt pewnie do tego podeszłam, z motyką na słońce się wyrwałam, ale prawda jest taka że mój angielski już dawno umarł i ta reaktywacja jest... no katastrofa.

generalnie ze spraw bardziej optymistycznych to czekam na wiosnę, naszą już chyba 5 (!!!!), chyba się znowu zaczynam zakochiwać, ale ten dystans co mnie nauczyłeś trochę  zawadza i myślę że trzeba go odciąć, ale w sumie to Ty musisz ( tylko żeby nie bolało). wiem że będę tęsknić za szkołą, ale staram się pocieszać, że ten miesiąc mnie zmobilizuje i da ten Twórczy niedosyt, frustrację fotograficzną, że w kwietniu wystartuję 5 razy szybciej, niż teraz kiedy luz bluz, nic nie goni i nie uwiera ( chyba jednak jestem z polski i musi boleć, żeby docenić)

całuję Cię cichutko na paluszkach, tak żeby Duch w Twoim pokoju nie słyszał i nie był zazdrosny i więcej desek do prasowania nie przewracał!!
Twoja mała
KKK

 

czwartek, 20 grudnia 2012

ps na koniec świata




20/12/2012 23:36


dzień dobry mówię Ci Końcu Świata
i dobranoc bo już późno
 
nic mi już przecież nie zostaje
jak tylko
rozmiękczyć się winem
ogrzać czekoladą
 
pomruczeć cicho
mruczankę- kołysankę
końcowankę




ps- nie kupiłam jeszcze żadnych prezentów; nic a nic; to chyba z oszczędności czasu, skoro zostało go tak niewiele; ALE mam za to piękny, przecudowny ( najlepszy jaki dotąd miałam) ekwipunek do Afryki ( ale i tak muszę jeszcze dokupić trochę tych przeterminowanych setek fuji)- ale to jutro po końcu świata...

środa, 19 grudnia 2012

odwaga

 
 



rozbieram się i ubieram
składam, rozkładam
na kawałeczki
 
rozcinam, sklejam
zszywam
amputuję
 
byłam
jestem
czy będę?
 
 
 
 
 
 
 
ps- w głowie szaleją burze z pomysłami; dużo aktywności mózgowo- sercowej  i snów o Afryce, której nadal się boję; za mało konkretów, planów, odwagi i ludzi.
 
 Potrzeba mi ludzi.

 

poniedziałek, 3 grudnia 2012

kryzys cukru



00:23

Po inauguracji naszej wanny z bąbelkami, zachlapaniu całej łazienki i śpiewaniu na cały głos francuskich piosenek o miłości, resztkami sił odpędzam hipnotyczne myśłi o ciepłym, nicodemnieniechcącym  łóżku i zmuszam się do przepisania tej nocy.
 
Na stole butelka wina, paciorki granatu, dzbanek kawy, której penwnie i tak nie dopiję, a dookoła 140 mciszy i pozornego spokoju. Dziś nikogo nie stołuję, nie wpuszczam nieproszonych gości z równolgłych światów, nie szukam przygód, ani opieki, ani nawet natchnienia. Po prostu chcę doczekać do rana i zobaczyć co mnie tam czeka.

O życiu warszawskim pisać nie chcę. W żyłach ciągle ten kryzys cukru i światła brak, więc protest trwa, dobrze że nie głodówka. Do nieba mi się chcę. Do ciepła.

 


poniedziałek, 12 listopada 2012

Pamietnik Warszawski cd

 
 
Warszawa, 24 października 2012

Jestem strasznie dumna z tego zdjęcia. Nie żeby było ono jakieś specjalnie dobre technicznie,  bo niebo przepalone, bo to, bo tamto. Ale. Jest ono dla mnie takim symbolem, że coś tu zaczyna się dziać, coś we mnie przełamywać, coś rośnie. Odwaga fotograficzna rośnie i może dlatego wpadam w takie próżne samo zadowolenie.

Pana z Jaśkiem zauważyłam z daleka. Najzwyczajniej na świecie wybrali się do parku na 'spacer'. Miałam trochę dosyć tego miejsca pełnego ludzi i ich rozkrzyczanych dzieci, kiedy ja szukałam spokoju i walczyłam o nie banalność jesieni. W aparacie miałam 3 ostatnie klatki i wracałam trochę zła, że banał jest banałem, a dzieci są za głośne.

Jeszcze tydzień temu ta scena wyglądałaby tak- widzę Pana z papugą, myślę sobie 'jaki byłby super portret!', moja dzikość bierze jednak górę, portret portretem, ale może nie warto zakłócać Panu spokoju, ja się uśmiecham a Pan mnie mija, wraz z nim mija moja kolejna okazja na dobre zdjęcie, napływa delikatny smutek, odwracam się, próbuję dogonić ich wzrokiem i obiektywem, ale wiem że już za późno, za daleko, wiem że znowu uciekło mi zdjęcie...

Tymczasem po prostu podeszłam i zapytałam, czy mogę zrobić im wspólny portret. Pan Papug Jasiek w jakiś niesamowity sposób od razu zrozumiał o co chodzi, zawstydził się mocno i schował za plecy swojego pana. 'Jaśku nie wstydź się, pani zrobi nam piękne zdjęcie, no pokaż jaki jesteś śliczny!'. Jasiek lubił chyba jak się go tak prosiło, bo jednak po kilku chwilach dał się namówić i przypozował z miną prawdziwego gwiazdora.

Jasiek nie miał jednego oka. A ja poczułam, że zyskuję właśnie swoje trzecie. To wewnętrzne. To prawdziwe. To fotograficzne.





 
 
Warszawa, 24 października 2012

Pierwszy własnoręcznie wywołany film. Wyciąganie z kasety, nawijanie w ciemności na szpulę, wkładanie do koreksu, sprawdzanie czasu,  mieszanie chemii,  odliczanie, obracanie, płukanie, suszenie...

Dla większości dosyć zwyczajne czynności i prosty proces chemiczny. Dla mnie czysta magia. I wzruszenie. Totalne..

Jak nikt już nie widział upadło kilka łez. Prosty proces chemiczny nadwrażliwca.







Warszawa, 24-25 października 2012

Tyle się dzieje, nie nadążam. Tyle nowych pomysłów przelatuje przez głowę, tyle wiedzy trzeba pochłonąć, tyle zaległości nadrobić. Codzienne porcje nowych informacji, nazwisk, obrazów, idei, codzienne wracanie do pustego domu i... nauka. Czasowo niewiele różni się to od prawa- całe wieczory gdzieś znikają na czytaniu biografii, wspomnień, podręczników, na oglądaniu filmów o tych wielkich nazwiskach na kartach historii fotografii, na przeglądaniu dziesiątek portfolio i szukaniu inspiracji.

Na razie ta szkoła każdego dnia po trochu, każdego dnia bardziej, udowadnia mi jak niewiele potrafię, jak mało wiem, a nawet jak wiem, to nie potrafię. Czasami to frustrujące, taka gorzka pigułka, ale wiem, że na tym polega postęp, na tym polega samo doskonalenie. Więc nie marudzę i zawijam rękawy.




                                                                                                                                      pierwsze samowywołanie ILFORD 125
 



Warszawa, 27 października 2012

Tyle się dzieje, nie nadążam. Warszawa pełna jest wydarzeń, ciągle coś się wystawia, pokazuje, promuje, tu huczy, tam buczy, tam gra, jakaś wystawa, koncert, wernisaż, pokaz, spotkanie, konkurs, premiera... I tak w kółko. Brakuje mi czasu, brakuje mi doby.

Dziś był PKiN i spotkanie z Pawłem Żakiem. Galeria Bezdomna jest niesamowitym miejscem, a on okazał się niesamowitym człowiekiem. Zawsze podziwiam skromnych artystów. Bez puszenia się, wywyższania, przerostu formy nad treścią. Fotografia tak intymna jak tylko się da. Świat małych rzeczy, nieważnych spraw, gdzie każdy pyłek kurzu ma swoją historię, miejsce i szacunek. Jakoś wraca we mnie wiara, że można robić 'swoją fotografię', w swoim stylu, nie podlegać modom i oczekiwaniom, mieć gdzieś 'rynek', popyt i podaż, że można być wiernym sobie, a zdjęcia obronią się same.

Pada pierwszy śnieg. Wracam w mokrych butach i chyba zaczynam się zakochiwać. Tak bardzo się boję, że znowu nieszczęśliwie...





Łódź, 28 października 2012

Fashion Week. Wracam do Łodzi na jedno popołudnie, nawet do domu nie dojdę. Nie żebym jakoś specjalnie kochała modę, ale to przecież dobra okazja, żeby poskromić moją dzikość, żeby podchodzić z moim 'Okiem' bliżej i jeszcze bliżej.

Wysiadam 2 przystanki za daleko, śnieg skrzypi pod stopami, wącham tą Łódź dawną i zapomnianą, szukam świadectw, szukam swoich historii.

A w środku. Festiwal próżności, maniactwa i tandety. Oczywiście- na modzie może się nie znam, już dawno zrezygnowałam z myślenia nad tym co jest modne, a co mniej, a może nawet zawsze ważniejsza była zabawa zawartością mojej szafy i szmateksowych zasobów, niż szukanie boga tam gdzie go na pewno nie ma. Na modzie się nie znam, ale znam się trochę na ludziach. I nikomu nic nie ujmując, nikomu nie ubliżając, jestem zniesmaczona tym co zastałam. Podstarzałe kokoty próbujące ukryć liczbę lat pod liczbą warstw pudru i złotych bransoletek, neurotyczne lolity z walizkami pożyczonych ciuchów, na prędce przebierające się co godzinę w toalecie, mężczyźni bardziej kobiecy niż najbardziej kobieca kobieta, fałszywe uśmiechy, żenujące plotki i na okrasę świnka z pomalowanymi na różowo raciczkami. Bosko!
 
A w tym wszystkim ja, w burej golfo-sukience i  kaloszach z biedronki. Wraz ze mną 3 bardzo czułe filmy i moja dzikość. Festiwal fałszu, festiwal manekinów.
 
 

 



Warszawa, 29 października

Zajęcia z autopromocji. Modne słowo, słowo prze reklamowane. A jednak. Odpowiedni człowiek, na odpowiednim miejscu i nawet takie słowo nabiera sensu.

Dobre pytania to podstawa. A mnie czasem nawet brakuje odwagi żeby pytać. A co dopiero szukać odpowiedzi. Czego się chce i jak to osiągnąć. Kim fotograficznie będę za x lat. Co już mam, a czego mi jeszcze brakuje. Jaki jest mój cel. Jakie najskuteczniejsze drogi. Co chcę zrobić przez ten rok, co zrobić mogę, jak najpełniej się  rozwinąć.

Dowiedziałam się dzisiaj sporo o sobie. Od innych- (??!) że wiem czego chcę, mam własne zdanie i jestem kontaktowa ( skąd wzięło się 'wystylizowanie' i uwagi o mojej 'fryzurze' doprawdy nie wiem). Od siebie- że czeka mnie mas pracy. Nad sobą.


 


Warszawa, 30 października 2012

Snuję się bez celu z aparatem i nadal próbuję odnaleźć siebie w Warszawie. Nadal się gubię, nadal przytłacza mnie ilość zdarzeń, które wołają do mnie: chodź tu, spróbuj mnie, zobacz, dotknij, przemyśl, poczuj!

Pan Kazimierz był wspaniałym modelem. Zbyt wspaniałym. Kipiał radością życia, był zachwycony pomysłem zrobienia mu zdjęć, zagadywał, uśmiechał się całym sobą. A ja poniosłam klęskę. Nie opanowałam jeszcze trudnej sztuki jednoczesnego zagadywania modela, podtrzymywania miłej atmosfery, myślenia o kadrze, ustawianiu światła i byciu pewnym siebie. Strzelam prawie na oślep i jak najszybciej chcę uciec. Tak bardzo się wstydzę.

Drży mi serce. Drżą mi ręce.





Łódź, 31 października- 3 listopada 2012

Wróciłam do domu z porcelany. Dopadła mnie malancholia i przytłacza szarość dni. Dzieli nas 5 i pół tysiąca kilometrów i 5 godzin różnicy czasu. Jesteś w Kazachstanie, a ja tu- w swoim smutku.

Tak źle znoszę ten przeszywający lodowaty wiatr i księżyc, który budzi w środku nocy.  Ten czas dla duchów, te zimne ręce. Jeszcze się przecież nie pogodziłam. Jeszcze czekam, aż wróci. Jeszcze męczą mnie sny i dają nadzieję, że to nie prawda. Przecież nie odchodzi się tak z dnia na dzień. Nie odchodzi się bez pożegnania...

Jestem kłębkiem utraconych nadziei. I nikim więcej.







ps- na pocieszenie
 
 
 
Warszawa, 4 listopada 2012
 
W tangu zawarte jest wszystko co uwielbiam w Mężczyźnie. Jest zdecydowanie i siła. Jest dominacja i zazdrość. Pożądanie, namiętność i czułość. Radość życia i chęć wygranej. Wierność i oddanie. Szerokie bezpieczne ramiona. 
 
Tango jest Mężczyzną. Na Twojej skórze szukam gwiazdozbioru nieba północnego.
 
 

                                                                                                                    P.P. Rubens, Perseusz i Andromeda/// Ermitaż

 
 
Warszawa, 5-6 listopada 2012
 
Muszę odpocząć. Złapać dystans, uspokoić się, znaleźć trochę miejsca wolnego odtego co mnie goni. Prawda jest taka, że ilość dostarczanej mi i przetwarzanej w mojej głowie wiedzy uniemożliwia mi działanie. Nadrabianie zaległości, nauka, udowadnianie sobie własnej niekompetencji, nauka, czytanie, nauka, natłok wzorców i inspitacji, nauka...  związało mi ręce. Coś się zablokowało. Nie mogę robić zdjęć. Ciągle myślę tylko co i ile powinnam zrobić żeby nadrobić stracony czas. Brakuje czasu i przestrzeni, żeby wziąć aparat w ręce. Totalna pustka. Chciałabym znowu dotknąć kawałka Siebie.



 
 
Warszawa, 7 listopada 2012
 
'Kilka lat temu prowadziłam warsztaty. Dałam moim uczniom zadanie zużycia trzech rolek filmu we własnej łazience. Mieli odkryć nowe sposoby patrzenia, mając do dyspozycji pomieszczenie o powierzchni 8 stóp kwadratowych. Ograniczenia poszerzają spojrzenie, pozwalają zinterpretować znane rzeczy w nowy sposób.' Sally Mann
 
 
 

 
 
 
Warszawa, 8 listopada 2012
 
Ciekawe czy na pustyni można poczuć szczęście?
 
 
 
 
 
 
Nie wyglądam przez okno. Zasypiam, śpię, lub o spaniu ciągle myślę. Mój zegar nie chce się przestawić i bardzo źle znoszę te zbyt wczesne wieczory ciągnące się w nieskończoność. Deszczowe poranki, pochmurne południa, każdego dnia coraz bardziej szare. Zamknęłam się w 4 ścianach i od 2 dni tworzę tu swój mniej szary świat. Wracam. Wspominam. Słowami dotykam zdjęcia.Przyglądam się sobie z 3 rolkami filmu zamknięta w łazience.

Niedługo przeprowadzka. Zaczynam pakowanie, stoją w przejściu pierwsze kartony. Pogodzenie się z przemijaniem i tymczasowością nadal jest dla mnie bardzo trudne. Za trudne.

Po kilku późnych godzinach spędzonych na szukaniu, przeglądaniu, czytaniu, rozumieniu wszystkiego nt. Mauretanii- podjęłam decyzję. Mam miesiąc żeby przestać się bać malarii, zaminowanych pól wokół torów kolejowych i złych ludzi. Wdech i wydech. Niczego nie żałować.
 
 
 

środa, 24 października 2012

myśli nieuczesane



Warszawa, 18 października 2012

Przełom. Jakich chyba mało. A tak bardzo oczekiwany.   Trochę tak jakby ktoś jednym ruchem odciął cały stres, cały lęk. A tym kimś byłam ja. Ja sama.

Już od dawna, już od czasów Moskwy, kiedy snucie się z aparatem po mieście w poszukiwaniu ciekawych twarzy stało się moją małą obsesją, czułam tą blokadę wewnętrzną, tą kłódkę  założoną na serce, te kajdanki na dłoniach, ten knebel na ustach. Bo jak tu przełamać się i podejść , jak zapytać, jak się zachować. ‘Czy mogę zrobić zdjęcie?’. To niby tak proste, że aż śmieszne, że w dobie powszechnej fotoryzacji wszystkich i wszystkiego ja nie mam odwagi podejść i ‘zdobyć zdjęcie’. 

Ile to razy opuszczałam aparat, ile razy tłumaczyłam sobie, że może nie trzeba, że nie warto się narzucać, psuć czyjąś intymność, ile to razy tym prostym sposobem straciłam tą jedną cudowną chwilę, która mogłaby zaistnieć trwale, nie przeminąć, zacząć żyć nowym życiem. Aż w końcu ile to razy ŻAŁOWAŁAM później tych wszystkich banalnych tłumaczeń, tych okazji dotknięcia na chwilę takiej małej wieczności. 

I tak to trwało i trwało, straciłam wiele zdjęć, wiele okazji, wiele uśmiechów ludzkich. Po cichu ciągle marząc, że kiedyś znajdzie się jakiś cudowny środek, który mnie uleczy z tej fotograficznej wstydliwości. Aż do dzisiaj. Aż do teraz. 

Dziś po prostu ktoś złamał wszystkie moje argumenty, obalił tą cholerną powściągliwość. Pokazał, że czasem warto zaryzykować nawet dla jednego dobrego zdjęcia. I to że nie ma nic do stracenia. Najwyżej ktoś odmówi, zdjęcia nie będzie, ale przynajmniej odejdzie  się z poczuciem, że spróbowałam , że nie poddałam się, ot tak po prostu z własnej niemocy, że idę sobie dalej bez frustracji, bez tych wszystkich autotłumaczeń i cichej furii.  Spokojnie.

Niby to proste i oczywiste, ale chyba nie dla kogoś kto dostał 5lectnią prawniczą dyscyplinę mózgu. Aż trudno uwierzyć jak to wpływa na mnie każdego dnia, jak determinuje wybory, jak karze szukać logiki nawet tam gdzie jej nie ma. Do dziś robiłam zdjęcia jak prawnik. Ostrożnie, by nikomu nie wejść w drogę. Powściągliwie, by uniknąć konfliktu. Do szpiku racjonalnie zawsze przedkładając prawo do przewidywalności  dnia powszedniego nad wszelkie moje estetyczne fanaberie. Żeby nikomu nie zaburzyć prawa do jego zwyczajności, nawet nie próbowałam. Wolałam odejść z poczuciem smutku, ale też jakiejś wygody psychicznej- i to był ogromny błąd.

Ale dzisiaj. Na szczęście nadeszło dzisiaj! Proste ćwiczenie z podchodzeniem do ludzi w celu zdobycia 12 portretów w bardzo ograniczonym czasie było jak najlepsze lekarstwo. Przełamałam się. Zrozumiałam, że ludzie nie odrzucają, nie są od razu agresywni, ani nawet nieprzyjemni. Wręcz przeciwnie, ze zdziwieniem stwierdzam, że reakcje są pozytywne, wyrozumiałe i zainteresowane… Chyba jednak przewartościowywałam potrzebę ‘ zostaw mnie w spokoju’ , nie widząc że ludzie lubią być zauważani. Wyróżniani.

Pierwsze koty za płoty, ale wiem, że czeka mnie jeszcze mnóstwo pracy. Mnóstwo przełamywania się, aż w końcu wejdzie mi w krew. Aż w końcu nie będzie frustracji. Aż w końcu będę spokojna, że nic nie straciłam, nic nie zgubiłam, nic nie przegapiłam.






Warszawa, 19 października 2012

Problemy integracyjne. Zdjęcia jesieni, niby tak banalne, a ja banału boję się najbardziej, więc tym bardziej trudno. Eksperymenty w filtrem podczerwonym i szukanie najpiękniejszych detali. Zamek Ujazdowski. Wystawa, która miała być dobra, a była przeciętna, choć na pewno nadmuchana. Zazdrośnie obserwuję ludzi trzymających się za rękę. Tego mi bardzo brakuje.

Kupuję Zdobyć zdjęcie Morrisa i zaszywam się w kawiarni. Pocieszam się, że jeszcze ciepło, że jeszcze słońce wplątuje się we włosy. Ktoś daje mi swój autograf na Ziemi Obiecanej, ktoś inny zadziwia swoją życzliwością. Wracam późno nocnym tramwajem  z Grochowa.

Czekasz. Już jesteś.







Łodzio-Warszawa, 20 października 2012

Wracam do domu. Na chwilę, ale chwilę potrzebną. W pociągu najróżniejsze myśli, oglądam Geniusz i wszystkie możliwe dowody na  funkcjonowanie camery obscury. Cieszę się jak dziecko i własnym oczom nie mogę uwierzyć. Już wiem, że będę robić kolodiony. Już wiem, że chcę spróbować dagerotypów. Już wiem, że muszę zejść do źródeł i nauczyć się patrzeć jeszcze uważniej.

Wracam nocą z W. Uwielbiam jeździć z nim w nocy jego samochodem i słuchać muzyki. Wtedy czuję, że naprawdę z jednej gliny jesteśmy ulepieni. On o tym nie wie. Tak mało w siebie wierzy. Jeszcze mniej niż ja.

Wracam do domu. Dziś już drugi raz. Pierwszy raz z wyraźnym poczuciem, że Warszawa też jest moim domem, może nawet bardziej niż łódzkie gniazdo. 

Nie jestem stąd, ale już nie jestem stamtąd. Moje życie w jednej walizce.





Warszawa, 21 października 2012

Dziwnie spać obok Ciebie po tych wszystkich dniach Osobno. Tym bardziej, że wiem, że jesteś tu przez chwilę, że znowu zaraz zacznie się moje powolne przyzwyczajanie się do samotności. A później znowu wrócisz. I tak w kółko. I tak od 3 lat.

Czy wiesz, że poznaliśmy się dokładnie 4 lata temu? Twoja wiadomość w szczelinie Historii  i cały ten ciąg nieprawdopodobnych zdarzeń. Czasami zastanawiam się jakby potoczyły się nasze życia, gdyby wtedy wiatr mocniej zawiał, gdyby deszcz, gdyby przypadek chciał być inny. Kim bym teraz była? I gdzie? I po co. Czy szczęśliwa? Szczęśliwsza?  I choć wiem, że takie gdybanie  nie ma najmniejszego sensu, lubię czasem pozwolić myślom toczyć się tym torem, bo na końcu zawsze czeka na mnie ta spokojna odpowiedź, że przecież nawet nie wyobrażam sobie  inaczej, że nic więcej nie chcę, że tu i teraz jestem przecież Najszczęśliwsza. Jesteś moją najlepszą Odpowiedzią. 






Łodzio-Warszawa, 22 października 2012

Mgła taka, że można nożem kroić jak sernik. Cały czas w ruchu. W pociągach niedługo zamieszkam. Dźwigam ze sobą aparat, ale czasem przez głowę przelatuje nadal ta nieznośna myśl- a po co? Po co komu moje kolorowe obrazki, wyrwane fragmenty smutków i radości,  przypadków i przeznaczeń,  brzydoty i piękna. Po co komu ta moją natarczywa potrzeba rejestrowania rzeczywistości, w szczególności dzisiaj kiedy nawet nie nadążamy za tym co dzisiaj, za tym co nam świat za rogiem proponuje, za tymi nieskończonymi ofertami powszechnej szczęśliwości. Jestem fotografem rzeczy małych , ulotnych, nic nieznaczących. Zbieraczem historii zamkniętych w obraz . Wielbicielką mikrokosmosu spraw codziennych. Fanatyczką detalu.  Jak kalejdoskop z dzieciństwa. Jak lampa Alladyna.  Nie interesuje mnie szerszy kontekst. Nie pociągają fakty, dokumenty, sprawozdania. Tworzę własne bajki. Detalem buduję swój piękniejszy świat. Miękkie światło tiulowej spódniczki, jakiś portret co wyrył się w pamięci, Twoje dłonie, które nigdy się nie nudzą, rozsznurowany bucik, rysa na lustrze, pęknięta warga. Małe szczęścia. Małe zachwyty. 

Już nie muszę pytać – po co.